Życie to surfing…
Wakacje niestety na finiszu, na zewnątrz się znacznie ochłodziło. Nie zastanawia mnie zawiłość świata, ani nawet wieści z sąsiedztwa. Interesuje mnie tylko to co dotyczy mnie bezpośrednio. Dlatego czas się wałkoni, a wszystko się uspokoiło. Takie życie mi odpowiada. Nie muszę się o nic martwić, czy od tak myśleć o kimś całymi dniami. Mogę, ale nie muszę. Nic nie muszę. Pełna wolność obyczajów, umysłu i ciała.
Ostatnio często myślami powracam myślami do beztroskiego dzieciństwa, gdzie wszystko było takie proste, bezproblemowe, a myśli nie były spowite w przemyślenia o zawiłej konstrukcji kobiet. Kupa piachu, łopatka i wiaderko wystarczały to godzin dobrej zabawy i ćwiczenia wyobraźni. Koledzy zawsze mieli czas i bawiliśmy się razem. Czasem byli złośliwi i niemili, ale nie przeszkadzało mi to. Zabierałem swoje zabawki i ze spuszczoną głową wracałem do domu. Jednak zawsze następnego dnia powracałem, bo jako dzieci nie rozdmuchiwaliśmy czegoś takiego. Solidarnie i razem, na jednym podwórku ustawialiśmy kolejną błotną wieżę.
Później czasy stawały się coraz bardziej szalone. Koniec podstawówki. Kilku momentów utkwiło w mojej pamięci. Przyjazdu pogotowia, po koleżankę z wbitym ołówkiem w ramie, dokładnie w miejscu, po szczepionce. Drzwi w toalecie, wyjętych z framugi, które spadły na woźną – to była dopiero afera, dyrektor zwołał uczniów wszystkich klas i spytał otwarcie, kto próbował zabić woźną. Nauczycieli wyjętych prosto z komuny – gawaritie pa ruski? patrisz w knigu, widisz figu. Nauczycielka rosyjskiego, pełniąca rolę naszej wychowawczyni stała na czele sfrustrowanej części grona pedagogicznego. Niejednokrotnie próbowała nam uświadomić, że jesteśmy debilami bez wychowania. Czasami mijało na tym także jakieś 35 minut czasu, który miał być poświęcony na naukę języka. Wtedy dostawało nam się także za to, że musiała na omówienie naszej głupoty zmarnować lekcję, która mogłaby być pożyteczna. Nie można nie wspomnieć o godzinie wychowawczej, na której byliśmy uświadamiani co znaczą pewne słowa. Kolega wymienił typowe dla podstawówki obelgi z koleżanką na kartce, którą przejęła nauczycielka. Było tam m.in. : “kurwa, pedałka, suka, pojebana dziwka”*. Zaś w drugą stronę “pedał, zbok, debli, dałn”*. Dlatego też, aby nas odpowiednio wychować trzeba było przeczytać nam definicję słowa gej, kurtyzana (moje ulubione określenie na takie panie to córa Koryntu xD), osoba upośledzona. Wychowania fizycznego i religii uczył nas jeden nauczyciel. Cóż za wszechstronna kadra. Dlatego właśnie kiedy strasznie narzekaliśmy na ewangelię św. Łukasza to graliśmy w rugby na boisku, albo w ping ponga, na złożonych ławkach. Na końcu, było założenie, że u nas w klasie poza debilami, raczej nie ma nikogo, kto mógłby pretendować do miana, któregokolwiek z użytych określeń. Uwagi w dzienniku też były zabawne: “Błażej zderza koleżanki głowami”*, czy “Jacek razi przypadkowych uczniów prądem”*. Po szkole też było ciekawie. Próbowaliśmy uruchomić zepsutego Rometa, majstrując w nim i pchając go przez wiele kilometrów, graliśmy na komputerze u kolegi. Jaki wtedy to był szpan posiadać komputer. Naszą zabawą było też (choć dziś już tego nie zrozumiem czemu) wystawianie ściętej brzózki na jezdnię, uciekanie w krzaki i czekanie aż ktoś nadjedzie samochodem i będzie kombinował co zrobić. Albo przejeżdżali, albo zdejmowali z drogi i przejeżdżali. Raz jechał autobus, którym jeździliśmy do szkoły. Była nas szóstka, ale to ja spanikowałem i złapał mnie kierowca, który szukał winnego. Jedna z bardziej żenujących historii. Później, gdy wsiadałem do autobusu krzyczał na mnie i pytał czy w Leppera się bawie. Dorośli dziwnie się patrzyli, bo nie wiedzieli o co chodzi. Nakazał mi za karę jeździć tydzień rowerem. Cóż za życie.
Następnie były czasy gimnazjum. Punkt kulminacyjny. Dorastanie i te niepokoje związane z burzą hormonów, pragnieniem dorosłości i zauważaniem walorów dziewczyn. Okres prób i błędów. Druga klasa była początkiem testowania organizmu. Czy, a właściwie na ile odporny jest na alkohol? Nalewkę “Git” piliśmy po szkole. Stawiał ten który miał najgorszy wynik w rzucie dwiema kostkami. Wódka przed zajęciami W-Fu w zimę z okazji moich urodzin. Kulturalnie, w dwóch kieliszkach i z grzybkami w occie. Co weekend towarzyszyliśmy w trzech koledze, który jeździł do swojej dziewczyny i piliśmy tam duże ilości alkoholu. Głównie piwa i wódki. Bo jak później nam wyznał – “na trzeźwo to jej nie kocham”. A jednak są razem do dzisiaj i wyglądają na szczęśliwych. Dwa razy strasznie się poździerałem wracając. Ogniska i grille różnej maści. Moim jak i zresztą wszystkich celem, było udowodnienie jak wiele organizm może znieść. A potrafił i 700 ml alkoholu 40%. Trudno było panować nad sobą wtedy i różnie się zachowywałem po takich ilościach. Koledzy eksperymentowali. Głównie klej i torebki, ale także palili marihuanę, jedli grzybki halucynogenne, wciągali amfetaminę, testowali LSD. Wódka towarzyszyła nawet na wyjeździe na targi szkół ponadgimnazjalnych. 5 butelek wódki i jedna przed wyjazdem. Ja nie pojechałem. Nie chciałem nawalić się przy nauczycielach. Wtedy zacząłem się bać, że mam z tym jakiś problem. Wypiłem kilka łyków z gwinta przy jedynym kinie w tym mieście. Utrzymywała się temperatura -12*C, a ja po odstawieniu butelki od ust podsumowałem - ”ahhhh, dobre!”, co nagrał kolega kamerą w telefonie. Mam z tego pamiątkę do dziś.
Czasy liceum to moment uspokojenia. Im bliżej do bycia dorosłym, tym poważniej człowiek myślał. Gimnazjum to był istny slums – typów z pod ciemnej gwiazdy, nie brakowało. W liceum poziom nauki zmienił się radykalnie. Nikt nadal nie przykładał się zanadto, jednak oceny pogorszyły się. Poza kilkoma gorszymi dniami nauczyciele profesjonalnie podchodzili do nauczania. Zdarzało się, że niewiadomo czemu stawałem się tym złym, ale cóż i tak miło wspominam te czasy. W tych czasach zacząłem przeżywać swoje pierwsze miłostki i zakochania. W związku z tym, że te doświadczenia przyszły dosyć późno, byłem odrobine do tyłu. Wychowano mnie w ten sposób, że traktowałem (zresztą do tej pory to traktuje) nieco nazbyt szlachetnie. Każdy “związek” traktowałem śmiertelnie poważnie, co sprawiło, że przez większość szkoły najważniejsze było dla mnie życie osobiste i jemu poświęcałem uwagę. Zarówno wtedy, gdy byłem obłędnie zakochany, jak i wtedy, gdy po miłosnej porażce przejmowałem się, zamykałem się w sobie i rozpaczałem. Powracając jednak do tematy szkoły. Wszyscy nastawiali nas do solidnego przygotowania się do matury. Część słuchała, część nie. Ale i tak podobnie to wszystkim wyszło.
Obecnie jestem tuż przed rozpoczęciem pierwszego semestru nauki na Uniwersytecie Łódzkim. Jestem singlem, a w sprawach sercowych to będzie raczej dłuższa przerwa. Dobrze sobie dać trochę czasu, sprecyzować oczekiwania i jeszcze raz przemyśleć to czego się tak naprawdę oczekuje. Póki co mam podejście iście dekadenckie. Jest mi z tym dobrze. Kilka osób z którymi mogę konsultować moje przemyślenia daje mi siłę. Te wszystkie wspomnienia, przywołałem po to, aby pokazać, że z czasem w życiu przybywa trosk, a sposób myślenia wciąż ewoluuje. Niczego w życiu nie żałuje, mimo, że pełne jest przykrych rozczarowań. Jednak każde nowe doświadczenie staram się traktować w kategorii lekcji. Bardzo pouczającej. Może nigdy tego tak otwarcie nie mówiłem, ale wszystkim z którymi miałem kontakt lub/i mam teraz serdecznie chciałbym podziękować. Każdy dzień był warty tego co się działo.
Niestety całego świata nie uszczęśliwie. Nie mogę zmieniać się na potrzeby poszczególnych osób. Czasami zdarzało mi się nie do końca być sobą, bo wydawało mi się, że to innym pomoże. Jednak lepiej pozostać sobą, wraz ze swoimi wadami i dziwnostkami.
A teraz tradycyjnie już odrobinę muzyki. Na pierwszy ogień pójdzie piosenka Under the Bridge zespołu Red Hot Chili Peppers. Towarzyszy mi z kilku powodów. Pierwszy – ubóstwiam gitarowy warsztat Johna Frusciante. To jeden z moich gitarowych idoli. Po drugie – w ostatnich dniach tekst jakoś mi przypasował i szczerze mówiąc pociesza mnie. Wersja iTunes ma w sobie tyle serca.
Red Hot Chili Peppers – Under the Bridge (http://pl.youtube.com/watch?v=vQOYCXKfpt4)
Like I don’t have a partner
Sometimes I feel
Like my only friend
Is the city I live in
The city of angels
Lonely as I am
Together we cry I drive on her streets
‘Cause she’s my companion
I walk through her hills
‘Cause she knows who I am
She sees my good deeds
And she kisses me windy
I never worry
Now that is a lieI don’t ever want to feel
Like I did that day
Take me to the place I love
Take me all the way
It’s hard to believe
That there’s nobody out there
It’s hard to believe
That I’m all alone
At least I have her love
The city she loves me
Lonely as I am
Together we cry
I don’t ever want to feel
Like I did that day
Take me to the place I love
Take me all that way
Under the bridge downtown
Is where I drew some blood
Under the bridge downtown
I could not get enough
Under the bridge downtown
Forgot about my love
Under the bridge downtown
I gave my life away
Kolejna piosenka to klasyk… Pearl Jam. Piosenka Do the Evolution jest to głównie odniesienie do świata polityki, jak i dla krótkowzroczności całego rodzaju ludzkiego. Potępia także hipokryzje chrześcijan (jeśli dobrze interpretuje) Zarówno tekst jak i świetnie zrealizowany teledysk mnie zniewala.
Pearl Jam – Do the Evolution (http://pl.youtube.com/watch?v=3C9CH3q9PLI)
Woo..
I’m ahead, I’m a man
I’m the first mammal to wear pants, yeah
I can kill ’cause in God I trust, yeah
It’s evolution, baby
Buying stocks on the day of the crash
On the loose, I’m a truck
All the rolling hills, I’ll flatten ‘em out, yeah
It’s herd behavior, uh huh
It’s evolution, baby
Admire me, admire my home
Admire my son, he’s my clone
Yeah, yeah, yeah, yeah
This land is mine, this land is free
It’s evolution, baby
There’s my church, I sing in the choir:
(hallelujah, hallelujah)
Admire me, admire my home
Admire my son, admire my clones
‘Cause we know, appetite for a nightly feast
Those ignorant Indians got nothin’ on me
Nothin’, why?
Because… it’s evolution, baby!
I am the first mammal to make plans, yeah
I crawled the earth, but now I’m higher
2010, watch it go to fire
It’s evolution, baby
Do the evolution
Come on, come on, come on
Dwie piosenki wspaniałego zespołu Myslovitz. Słucham ich ostatnio dość często. Pierwsza – Chciałbym umrzeć z miłości szczególnie przypadła mi do gustu. Jest to ukazanie romantycznej miłości, w którą ja wierzę. Świetny klimat, wspaniały tekst. Słucham by nie oszaleć.
Myslovitz – Chciałbym umrzeć z miłości (http://pl.youtube.com/watch?v=soXFm1WL5Sg)
Jakoś tak nie jest mi nawet żal
Chyba tak chciałem przez cały czas, lecz
Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć przy tobie
Wieje wiatr, pachnie wiosną i wiem
Że ty łatwo tak zgodziłaś na to się i
Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć przy tobie
Jeśli kiedyś wybrać będę mógł jak to zrobić
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć z miłości
Nie na krześle, nie we śnie
Nie w spokoju i nie w dzień
Nie chcę łatwo, nie za sto lat
Chciałbym umrzeć z miłości
Nie bez bólu i nie w domu
Nie chcę szybko i nie chcę młodo
Nie szczęśliwie i wśród bliskich
Chciałbym umrzeć z miłości
Kolejna piosenka, to Życie to surfing. Piosenka ta zawiera morał, który chciałem też ująć w mojej notce, dlatego też ma taki tytuł:
Myslovitz – Życie to surfing (http://pl.youtube.com/watch?v=b96v4Imod3k)
i słońce choć blade, tak pali mnie…
ktos wygrał wyścig, ktoś złamał się
wygodniej nie wiedzieć jak naprawdę jest
Wstawaj! Życie to surfing, więc nie bój się fal
Powoli zmywam z siebie lęk,
nawilżam twarz szczęściem, odstawiam zgiełk…
I już w objęciach nowego dnia,
zamieniam wstyd w dumę, podnoszę się…
Wstawaj! Życie to surfing, więc nie bój się fal
Wstawaj! Życie to surfing, więc nie bój się fal
Na koniec coś dla tych, którzy od września poszli do szkoły – absolutny klasyk – Pink Floyd
Pink Floyd – Another Brick in the Wall (http://pl.youtube.com/watch?v=M_bvT-DGcWw)
We don’t need no thought control.
No dark sarcasm in the classroom.
Teacher, leave those kids alone.
Hey, Teacher, leave those kids alone!
All in all it’s just another brick in the wall.
All in all you’re just another brick in the wall.
We don’t need no education.
We don’t need no thought control.
No dark sarcasm in the classroom.
Teachers, leave those kids alone.
Hey, Teacher, leave us kids alone
All in all you’re just another brick in the wall.
All in all you’re just another brick in the wall.
1 komentarz »
Dodaj komentarz
-
Archiwa
- wrzesień 2008 (1)
- sierpień 2008 (1)
- czerwiec 2008 (1)
- maj 2008 (1)
- kwiecień 2008 (6)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS
wspomnienia.
przeszłość jest zawsze pozytywna.
przyszłość? też nie może być inna, bo kiedyś też stanie się przeszłością.
co z miłością? zawsze gdzieś jest.
a indywidualizm… ach! piękna sprawa.
znów chciałam napisać co innego, ale mi wyleciało z głowy.
jak UŁ?
pozdrawiam